niedziela, 29 listopada 2009

(Niedo) Statek Miłości




2:03pm USER1

nie no daj spokoj
nie placze ;);)
i tak sie nie zakochalam ;);)

2:06pm USER2

no ja też nie. jak wychodzę gdzieś z bratem to wszyscy myslą że to mój chłopak
:D:Dszkoda że nie mam siostry...

2:06pm USER1

hehe, masz mnie przeciez
i i tak nie poznajemy nikogo

2:07pm USER2

nie nie nie. oni gdzieś są: nasi cudowni zajebiści męzowie. tylko musi nastąpić właściwe miejsce i czas żebyśmy się spotkali.

czysta (meta) fizyka :):)

2:09pm USER1

nie wierze ze to napisalas
to takie nie w twoim stylu
chyba cie desperacja ogarnela juz

2:14pm USER2

już oficjalnie zwariowałam i zaczynam życie w moim wyimaginowanym idealnym świecie :P:P

2:14pm USER1

super
tez chce taki
jak to sie robi?

2:16pm USER2

to porste: dojdź na skraj rzeczywistości i niech ktoś cię popchnie :):)



sobota, 14 listopada 2009

Przez P. Czerwcowo




Obudziłam sie rano, była trzynasta. Odsunęłam zasłony i zszokował mnie widok za firanką: niebieskie niebo, trawnik błyszczący od słońca i bloki w kolorze złota. Zaczęłam się zastanawiać jak długo spałam i czy ludzie zapadają w sen zimowy. Przez szybę to wszystko wyglądało na czerwiec. A czerwiec skojarzył mi się z zeszłym czerwcem, czyli czerwcem 2009. był bardzo ciekawy, wręcz dramatyczny, ponieważ poprzedzał go maj. maj, oł maj..


08.06.09



The Story of a birdgirl

It could have been a lovesong
But truth as always hurts
Because she was a bird girl
And he was afraid of birds

You see I am a bird girl
And I don’t need a home
I live above the clouds
The best place that I know

A bird girl always flies away
Searching for a better place
She’ll never find it anyway
It’s always somewhere else

It could have been a lovesong
But truth as always hurts
Because she was a bird girl
And he was afraid of birds

You found a way to tame me
You knew which words to say
But when I let you come some close
You asked me to go away

Fly away, bird girl, fly!
Don’t bother me, you heard?
You’re special you make me feel so good,
But I can’t be with a bird!

It could have been a love song
But truth as always hurts
You see she was a bird girl
And he was afraid of birds

11.06.09  

Diabeł przy moim stole

W knajpie wyjątkowo jakoś cicho dziś i ciemno
On pali papierosa
Ona bawi się butelką
Miedzy nimi wyjątkowo jakoś cicho dziś i ciemno

..Wiesz, że nie to nie była tylko chwilowa zabawa
To było dla mnie ważne
Wyjątkowa sprawa
Miedzy nami było więcej niż głupia zabawa..

I wiem, że to samo czujesz w głębi duszy
Spaliśmy wtuleni
W czasie wielkiej burzy
To prawda, tak samo czuję w głębi duszy

Nawet nie podejrzewałem, że spotkam kogoś takiego
Nie chcę tego stracić
Coś tak zajebistego
Ja też się nie spodziewałam, że mnie spotka coś takiego

Aż nie wierzę ile mamy ze sobą wspólnego
Ciągle coś się dzieje
Jakby magicznego
Aż się boję, że spotkało mnie tak wiele dobrego

Wiesz, że mi naprawdę zależy na tobie
I dlatego właśnie..
Muszę odejść.
Wiedz że mi bardzo zależy na tobie

W knajpie jakoś dziwnie dzisiaj zimno
Pali się papieros
W ręku puste piwo
Jakoś w środku dziwnie dzisiaj zimno


  28.06.09

Let Go

Za oknem znów jasno
Jestem już gotowa
Na pożegnanie
W sercu

Chociaż próbowałam
Niestety nie mogę
Być przyjaciółką
Twoją

Zawsze wraca magic
Ty się czujesz winny
Mi się robi zamęt
W głowie

Dlatego odchodzę
Przyjmuję twój werdykt
Choć ty mnie wplątałeś
W wojnę

A gdy mnie nie będzie
Zniknie ciężar z serca
Żeby był Revival
Dla niej

Burza już minęła
Kończy się playlista
Ah te potłuczone
Szkła.

Z nią będziesz szczęśliwszy
Dużo szczęśliwszy będziesz z nią
Ja cóż, dziewczyna w masce z pawich piór
Która dała podejść tobie aż za blisko
..i zapomnieć wszystko




niedziela, 8 listopada 2009

Kopie robocze 3




Co z tą miłością? Wierzyć w nią czy nie? Ostatnimi czasy raczej skłaniałam się ku opinii House'a że to kolejna jednostka chorobowa. Przejmuje władzę nad ciałem i umysłem. Człowiek głupieje, jest jak opętany, traci zdolność racjonalnego myślenia i instynkt samozachowawczy. Zapomina o sobie, ogarnięty hormonalnym amokiem. Niebezpieczna sprawa.

Problem w tym, że nigdy nie byłam bardziej szczęśliwa niż gdy kochałam, gdy byłam w związku. Od kiedy miłość się skończyła, szczęście mnie opuściło. Nie widzę w niczym celu, świat jest zimny i obojętny. Nęka mnie pustka i  nieskończona samotność. Brak mi uczucia jak powietrza. Gonię za każdą magiczną iskierką, nawet potencjalną tylko i trzymam się jej z energią wartą lepszej sprawy.

Bez miłości życie ssie. Choć brzmi to banalnie, ale chyba to właśnie miłość nadaje życiu sens. A ja chcę znowu poczuć sens, ja chcę być szczęśliwa. Mam dość smutku i beznadziei. Mam dość rozpaczliwych poszukiwań i uzależnienia od chłopców, których sympatię odbieram jako Coś Więcej. I trwam w nadziei, że coś z tego się rozwinie. Pcham, walczę, kombinuję, ale cokolwiek bym zrobiła, kończy się to porażką. Czuję w środku bolesny brak. Nieznośną tęsknotę. Rozpacz. Dlaczego nic się nie przytrafia? Chcę, chcę miłości. I am ready for love. Why love isn't? Tylko miłość może mnie uratować. Spadam coraz szybciej w dół. Tak mało jest ciepła między nami, tak dużo zmarnowanej miłości. Co mnie trzyma przy życiu, każe wstać rano z łóżka? Nie wiem. Chyba tylko strach przed tym, że jakbym skończyła ze sobą, to stracę jedyną formę kontroli nad bytem, jaką posiadam - moje życie.   Bleh.

Gość w dom




U mamy na oknie przysiadł anioł. Usłyszała dziwny hałas, ale gdy odwróciła głowę okno było puste. Musiał widocznie podglądać przylepiony do szyby, bo zostawił skrzydlaty odcisk na szkle. Srebrzysty ślad. Był na tyle miękki, że odcisnęły się nawet pojedyncze piórka. Widać że to jakiś porządny anioł. Miał szeroką pierś, wyciągniętą szyję i wielkie, rozpostarte skrzydła. Czy chciał wejść do środka? Może tylko sprawdzał czy wszystko u nas dobrze? Albo zostawił znak byśmy wiedzieli, że się nie obija. Tak czy siak miło wiedzieć, że o nas pamięta.

niedziela, 25 października 2009

#*%^@$!!!




W sumie nie wiem co to jest. To jedno z dzieci mojego dzisiejszego wkurwu.


Nie chę jutro iść do pracy

Jutro ani nigdy

Magister za 13

Złotych za godzinę

Kto by to w ogóle wymyślił



Nie chcę jutro się z wami spotkać

Stroić się i szykować

Dobrze się bawić

W miłym towarzystwie

Nie jestem fajna ani interesująca



Nie chcę znów walczyć o uznanie

Kolejnych fajnych chłopców

Co czują się lepsi

Bo są przecież lepsi

Przynajmniej tak mi się zawsze zdaje



Nie chcę w nic wierzyć i mieć przekonań

Walczyć o lepsze jutro

Po co mi jutro

A zwłaszcza lepsze

Skoro zawsze jest dziś i jest źle



Nie chcę pakować się w kolejne miłości

Co zatrują mi myśli i krocze

Jedyny pożytek

Jaki z nich wynoszę

To kolejna kupka wierszy



Nie chcę oglądać kopulujących

Nie działa to na mnie już

Jak ma podniecać

Skoro nie podnieca

Ale jaki mam wybór



Nie chcę już widzieć gazet i reklam

Akceptować zaproszeń na imprezy

I nic mnie nie obchodzą

Fakty i Wiadomości

Nie chcę być aktualna



Nie chcę regularnie wchodzić na Fejsa

Obmyślać elokwentne statusy

Dla społeczności

Dla licznych komentarzy

Mam dość virtualorealu





A wszystko to

O kant dupy pociął.

Jestem upierdliwą grzybicą

Na stopie pana z neseserkiem

I jeszcze się trzymam

Choć trudno wytrzymać

Te wszystkie zdrowotne maści.

Kopie Robocze 2

DO końca roku zostało 79 dni. Jak dobrze, może następnego nie będzie i wszystko po prostu się rozsypie? Byłoby super. Dziś od rana chce mi się płakać. Bezsilność, frustracja, niezgoda. Wszystkie role na tym świecie są już rozdane. Już nic nie ma do zrobienia, wszystko wymyślono, albo jest ktoś kto robi to dużo lepiej. Chciałabym założyć własne miasto. Wyznaczyć ulice, rozplanować sklepy, szkoły i parki.I zaludnić je moimi przyjaciółmi.

sobota, 24 października 2009

Czar Par



Simone de Beauvoir i Jean Paul Sartre.

Właśnie poznałam historię związku króla i królowej egzystencjalizmu. Mimo że nigdy nie wzięli ślubu, gdy poznali się jako dwudziestoparolatkowie, zawarli swoisty pakt. Stworzyli związek oparty na głębokiej duchowej, metafizycznej miłości, ale związek otwarty. Te dwa potężne umysły nie mogłyby znieść ograniczeń narzucanych przez instytucję małżeństwa, kłóciło się to z ich bezkompromisowym dążeniem do prawdy, wolności i poznania. Pakt polegał na tym, że pozostając w tym ‘duchowym małżeństwie’ chętnie wdawali się w rozliczne romanse, przygody łóżkowe, przeżywali miłości, zdrady i zazdrości ze swoimi rozlicznymi partnerami/kami. Jedyną obowiązującą ich zasadą była szczerość – opowiadali i pisali sobie o wszystkich swoich przeżyciach nie omijając żadnego szczegółu. Były to dla nich relacje innego kalibru, o mniejszej wartości, nie mające wpływu na łączącą ich więź.
Przypomniało mi się wtedy, jak opisałam Rydle noc, kiedy uwiodłam pewnego nieszczęśnika na imprezie, opisując (na życzenie R) wszystkie szczegóły, a przy tym wyrażając mocną pogardę wobec uwiedzionego naiwniaka. Dokładnie takie strategie zawierają listy Simone i Sartre’a. Zawsze miło jest dowiedzieć się, że mamy cechy wspólne z wielkimi umysłami tego świata.
I ona też miała ksywę ‘bóbr’ – tak mnie nazywał mnie pewien mistrz..

czwartek, 15 października 2009

kopie robocze



Teraz kiedy skończyłam studia, z lęku przed zgłupieniem zaczęłam w wielkim pośpiechu pożerać literaturę. Podobno lektury poszerzają ducha i rozwijają umysł. Być może. Na pewno mogą go również uszkodzić, zwłaszcza ci pieprzeni egzystencjaliści.
No więc właśnie w ich duchu teraz rzucę garść cytatów i nawiązań, z których nic nie jest zapewne moje. No właśnie.
Całe życie tylko żremy cudze mysli i emocje. Kradniemy je, by je przywłaszczyć i bezczelnie mianować swomi Poglądami, Przekonaniami, Przemyśleniami.
Prędzej nazwałabym je Przemielinami, Wybroczynami, Mydlinami. Nontoper Mielonka.
Wypełniamy się słowami, wlewamy je w siebie jak w gąsiora i czekamy aż sfermentują i zacznie się z nas wydobywać bulgoczący bełkot zwany szczerością, okrzyknięty dumnie naszym 'ja'. I naprawdę w to wierzymy! Nawet pisząc to trochę w to wierzę. To miłe pomyśleć, że coś może być nasze. Nawet jeśli to iluzja i pomyślało to tak z milion ludzi w tym tygodniu, to i tak każdy popadł w ten sam narcystyczny samozachwyt.
No więc co z tego, co mamy pod czaszką jest nasze? Czyje? Tu już wkraczamy w zabójczą logikę zen, czyli w antylogikę. Nie tu i nie tera.
W każdym razie dupogodziny odsiedziane w zazen nauczyły mnie, że rodzisz się sam i umierasz sam - nie, nie wymyśliłam tego sama. W sumie to jeden z tych banałów, w stylu "warto się uczyć" i "palenie szkodzi" - oczywista oczywistość, która dopiero w określonych okolicznościach nabiera okrutnego sensu. A to, co mogę teraz dodać, kradnąc oczywiście cytat (tym razem z filmu "Głodne Duchy"), to wkładka pomiędzy wspomnianymi dwoma iventami (rodzisz się sam i umierasz sam) :
I want to be
Żyjesz i chcesz być wszystkim. Najlepszą tancerką, boską piosenkarką, hollywoodzką aktorką, uznaną malarką, zjawiskową modelką, genialną pisarką, noblistką, panią prezydent, świętą. I kurwą też. Chcesz być wszystkim. A nie możesz być niczym. Masz za krótkie rączki. Za krótkie by dosięgnąć nieba.

I kradnąc z innego filmu (the tango singer): Na końcu i tak jesteśmy tylko kukiełkami. Karmiącymi się, żyjącymi złudzeniami innych kukiełek. Myślimy, że z każdym dniem jesteśmy mądrzejsi. A tak naprawdę z każdym dniem mamy w sobie więcej kłamstw i zła. I zgnilizny.
Jak mówiła prof Skarga, nasze życie to byt-ku-śmierci.





WFF - WTF?

który raz?



Trwa 25 Warszawski Festiwal Filmowy. Fajny plastelinowy trejler. Uległam owczemu pędowi do kultury, gdy na Chmielnej wcisnęli mi książeczkę z całą rozpiską. Pomyślałm, że to przecież właśnie tacy jak ja powinni się znaleźć w tych ciemnych salkach, poznawać kino niezależne, wartościowe blebleble. Przestudiowałam repertuar, odstałam swoje w kolejce do kasy płatnej tylko gotówką (hę?) i wykupiłam parę biletów. Świetnymi life-saverami byli krążący wkoło holu Kinoteki Dystrzybutorzy Kawy Nescafe z plecakami wrzątku na plecach, z saszetkami w trzech rodzajach wystającymi na poziomie krocza. Kawę podawali w takich małych, ślicznych kubeczkach z tworzywa, gdzie mieściło się tyle wody, że kawa miała prawie konsystencję budyniu. Espresso instant, czemu nie!
Wracając do biletów, prawie stówka poszła, ale przynajmniej przez chwilę poczułam się jak kulturalna obywatelka. Jestem po trzech seansach i póki co obyło się bez rewelacji. Choć w kazdym z filmów były momenty. DOsłownie momenty.

500 days of summer
hungry ghosts
thre tango singer

We wszystkich jak katar wraca motyw milosci. W tym środkowym najmniej. To pierwsza fabula Michaela Imperioli. Jej centralnym punktem jest pewna niesprecyzowana bliżej wschodnia praktyka duchowa, ni-to-hinduizm, ni-to-joga albo jakiś buddyzm. Opowiedziane są historie czterech mieszkańców Nowego Jorku i ich otoczenia. Jak się okazuje w finale, każdy z nich jest na innym etapie tzw. ścieżki duchowej: Od stanu bliskiego śmierci, który skłonił pewnego marnego ojca do podjęcia praktyki, aż po samobójczą śmierć pewnego poety-filozofa, będącą owocem tejże praktyki. Ups, to był spojler ;p Wątek miłosny zredukowany jest tu do mrocznego autodestrukcyjnego erotyzmu i bardziej przypomina pęd ku śmierci niż ku motylkom i łączkom. Przynajmniej to ujęcie nie jest aż tak oklepane. Film mnie trochę wziął, bo sama praktykowałam wiele lat cośtam wschodniego. Podobało mi się krytyczne oko i dystans reżysera podszyty zarazem lekką fascynajcą. Gdyby nie to plus mistrzowska scena syna pod prysznicem oraz murzynki na schodach, niechybnie bym odpłynęła w senne krainy.

Pierwszy film - reprezentant gatunku "cała prawda o miłości". On zakochany, ale ona nie. Analiza i diagnoza mózgu (?) zakochanego dwudziestoparolatka. Tak, to bardzo ważna kwestia. Może nam pomóc zrozumieć miłość i ustrzec od błędów i cierpienia. I na dodatek reżyser mówi o Naszym pokoleniu! Jakież odkrywcze i pouczające. Tylko po jakiego grzyba robić kolejny film o miłości? Naprawdę, Ameryki już tu się nie da odkryć, zwłaszcza że już wcześniej tam ktoś mieszkał i serca łamał z zapałem. Kazdy chyba tam był. Jako stara Indianka-szamanka, przeżyłam te historie juz na wszystkie sposoby, w kazdej kombinacji. Byłam Tomem, Summer, Panterą a nawet babką od pocztówek z własnym kotem. Byłam ich ojcem i matką. Coż z tego, że mogę się utożsamić z bohaterami, skoro uważam że scenariusz jest przygłupi? Nie wiem co taki film miałby zmienić. Ze tez na WFFie puszczają komedia romantyczne. WTF?
Poleciłabym to edukacyjne opus eros szalonym 14-16 latkom - mogłyby się zajarać, ale nie wykluczam że też już są za stare. Na szczęsice przed śpiączką skutecznie chroni nieodparty urok Józka Gordon-Levitta.

Tango Singer. Myślałam że będzie o sztuce, że głębia będzie, że cierpienie pogryzie trochę. Zapomniałam, że tango to taniec miłości, a śpiewanie tango to opis miłosnych cierpień. I to chyba wystarczy jako opis tego filmu. Babka oczywiście śpiewała bosko (Eugenia Miori), miała też grajków utalentowanych, brzmiało to jak trzeba. MOże to chamskie z mojej strony, ale szkoda , że śpiewała po hiszpańsku bo go nie znam, więc musiałam czytać napisy. A tak to bym mogła popłynąć z muzyką, i bym nie musiała patrzeć na ekran i te jej wystające ostre obojczyki i napinające się sieci ścięgien na szyi.
Dobra scena z nożyczkami. Reszta - tragiczna i banalna, jak złamane serce. I tyle emocji, że wreszcie zrozumiałam co mieli na myśli stoicy mówiąc, że emocje są niezdrowe.

Inna sprawa że nie ma nic zabawnego w chodzeniu samemu do kina. Zwłaszcza jak się lubi komentować na żywo. Nuda. Na szczęście na ratunek przychodzi mi Henry Miller, pocieszając że artysta musi być samotny. Cool.






sobota, 10 października 2009

Widzę cię, tak wiem. Dygresje i bezdroża.


Kraków idealnym miejscem ucieczki przed własną psychozą i torturami psychicznymi rodzonej matki. Choć Rydle uważa, że przyjechałam w zgoła innym celu. Nic dziwnego, mnie też by podbudowała świadomość że jakaś panna specjalnie przyjechała z innego miasta, zeby się ze mną spotkać. Tylko pytanie czy zrobiła to bardziej dla siebie czy dla mnie. A czy to ważne? Nie bardzo, dopóki jest nam dobrze, nie trzeba nic wyjasniać. Ważne jest to, że udało mi się zwiać ze stolicy i zostawić w domu wszystkie te ciężkie myśli. Gęsty, smolisty, dekadencki hedonizm. Aż po szyję. Włóczęgostwo po krakowskich bezdrożach i dygresjach. To nie jest marnowanie czasu., To jest pieszczenie czasu, rozkoszowanie się nim, każdą nanosekundą. Czas poświęcony, nie, uświęcony na włóczenie się, na boską bezcelowość. I rozmowy, strumienie i potoki. Słowa wydmuchiwane z dymem, myśli sączone z piwem. Dwudniowy poemat dygresyjny. Bo, jak mówi mój przewodnik, dygresja to bonusowy level w mariobrosach - jest czystą przyjemnością i w żaden sposób nie zakłóca wiodącej narracji.

Taki bonusowy weekend. Jak dodatkowy poziom w Super Mario Bros, w którym nie ma zabójczych żółwi i przepaści. Tylko spacer po chmurach, grzybki, gwiazdki i dodatkowe życia.

W ogóle cały ten wyjazd był takim mikroświatem brutalnie wyrwanym czasoprzestrzeni. Jego miało nie być, jestem pewna, że rzeczywistość go nie przewidziała. Ale działając odpowiednio szybko można przechytrzyć nieuniknioność zdarzeń. A sprawa była pilna, paląca wręcz - Warszawa chciała poczuć moją krew, poszarpać neurony, połamać nóżki i obtłuc dziubek. Nołfakinłej.
Potrzebowałam ratunku, Rydle uratował mi życie. Dobry z niego hydraulik. I dobre to miasto, mimo że daleko. A może własnie dlatego. Po raz kolejny odnalazłam spokój w Krakowie.



zmiana. na celina.

Zmiana. Nie lubię zmian, kto je lubi? To co znam rozsypuje się na kawałeczki odsłaniając widok na mglistą, gęstą jak mleko przestrzeń niewiadomego. W piątek nawet sama zainicjowałam zmianę. Fajne uczucie, takie dreszcze nieznanego. Cóż, od czasu do czasu trzeba się trochę obnażyć, zdjąć parę masek, odsłonić parę kart, nie myśleć o konsekwencjach. No więc wykonałam skok na główkę w ślepą studnię niedokonanego - czyli w przyszłość.

Musiałam. Od czwartku mam kamień w brzuchu. Dyndam sobie w próżni, zawieszona między rzuconą robotą a nową ziemią obiecaną. Nie mogę znieść juz tego miasta, w którym na każdej ulicy napada mnie natrętne zwątpienie żebrząc o przemyślenie tej decyzji po raz ęty. Gdzie lęk pcha się na mnie w metrze, a każdy nerwowy skurcz w żołądku nieuchronnie zbliża mnie ku początkowi. Siedzę w poczekalni nieuchronnego. Nie mogę ani się ruszyć, ani nic powiedzieć, sparaliżowana strachem przed konsekwencjami.

I jak tu znosić ataki matki, która w tej mojej nieszczęsnej sytuacji znalazła idealny pretekst i uzasadnienie dla histerycznych lamentów nad moją beznadziejnością. Rewelacje jakie ode mnie usłyszała okazały się posiadać niesamowitą wartość energetyczną, wnosząc jej samonapędzające się przedstawienie na zupełnie nowy poziom dramatyzmu.
Uciec, muszę uciec. Albo to miasto, albo ja.

piątek, 9 października 2009

Faraon Sheraton





Sheraton i ja. Tja... Szefowa jeszcze w drodze. Chciałam skromnie poczekać przed wejściem, ale zdecydowanie zasugerowała mi wejście do środka, przekreślając moje plany na uniknięcie samotnego starcia z tym cyrkiem. Ale cóz, let the show begin. Czary mary i mamy uśmiech, charyzmę, promenie, no łał. Mijam ochroniarza pewnym krokiem, jakbym wchodziła do własnego mieszkania. Kieruję się ku najblizszemu fotelowi by czym prędzej się w niego wtopić, udając że piszę smsa. Skoro już że piszę...
Marmurowy hol (hall? lol), wkoło kolumny, pod nimi sztywni panowie w garniturach omawiają biznesy dmuchając dymem. Hah, myślę sobie, nie jest tak źle skoro palić można. Ale sama się nie odważyłam. Siedząc pod kryształowym żyraldolem wielkości mojego pokoju czuję się jak invader. Jak urwis, który zrobił głupstwo i teraz czeka z głupim uśmieszkiem aż jego kłamstewko wyjdzie na jaw. Są miejsca gdzie człowiek czuje się jak u siebie i takie gdzie jest tylko turystą, nielegalnym imigrantem świadomym przestępstwa, jakiego się dopuszcza. Liczę oddechy dzielące mnie od chwili, gdy Ci kurtuazyjni panowie w strojach rodem z epoki dorożek podejdą do mnie i tym ujmującym uśmiechem wyprowadzą za drzwi.

Ufff, jest nareszcie.

Jakaś awantura przy rezerwacjach. Piękna lustrzana winda z efektem nieskończoności na każdej ścianie. Ciekawe ile razy dziennie myją te lustra?

I kolejne wyzwanie. Znaleźć pokój, bodajze 567. Zupełnie jak z relacji Celine'a - nigdy niekończący się, porozgałęziany labirynt wąskich, jakże wytwornych, uciązliwie długich korytarzy. Koszmarnie przerazający sen, z którego nie można uciec. I ta upiorna identyczność. Za każdym krokiem powtarzalność, jakby czowiek tak naprawdę stał w miejscu - już rozumiem Robiego Williamsa w Tripping. Kalustrofobia. Brak okien, czuję na sobie oddechy ścian, głuchą ciszę, sztuczne światło, mięciutkie niedeptane wykładziny. Jak na boga ktoś mógłby tu mieszkać? Człowiek wydaje się tu zbędny, zbyt żywy, zbyt organiczny. Burzy perfekcyjny ład tego miejsca. Emituje dźwięki, zapachy, porusza powietrze - aż czuję wściekłość tych korytarzy, gdy przemykam chyłkiem, by mnie przypadkiem nie zauważyły

Jak byłabym faraonem, kazałabym zbudować sobie taki grobowiec. Nie wyobrażam sobie bardziej spokojnego i martwego miejsca.

poniedziałek, 28 września 2009

Do utraty tchu. Rzecz o bieganiu.



Dziś o bieganiu. Bo o tym się mówi. Na FB co chwila ktoś ze znajomych wrzuca na status, że idzie na jogging/ że zrobił cały Mokotów i Ochotę/że jest zmachany po tych trylionometrach/że postanawia wziąć się za siebie i biegać. I loża obserwatorów z abrobatą kiwa głowami klikając Lubię to! Albo życząc powodzenia, bo tak się składa, że sami też biegają, pitupitu tup tup tup…
Od jakiegoś półroku czuję się osaczona przez biegaczy, co to do pracy jeżdżą z dresiarską torbą sportową, w weekend nie mogą się spotkać bo są wykończeni po paru godzinach na siłce, wstają bladym heretyckim świtem żeby potruchtać po chodnikach mieniących się od rosy… hmm.. akurat to jest nawet ładna wizja. Jak z reklamy Nike, lansującej zajawkę na bieganie po mieście. I am addicted… Mistrzowski filmik. Nieważne jakiej marki.


Po tej reklamie aż chce się wybiec z domu i nie wrócić. Przebiec noce i dnie, miasta,lasy, deszcze, nie wiadomo po co, nie wiadomo gdzie. Tak po prostu. Biec, zapomnieć, być, oddychać, żyć! Odzywa się wewnętrzny krzyk każdego kanapowca i laptop owca.
Nie tak prędko, zapaleńcy! To nie jest tak, że każdy może po prostu wstać i ‘iść pobiegać’ – kocham ten paradoks. Do biegania trzeba dorosnąć. Na bieganie trzeba zasłużyć. By wstąpić do elitarnego biegogrona trzeba przejść (przebiec?) ostrą, trzyetapową selekcję.




Mathew MacConaughey wie co to jest luk.

Etap 1: Luuk

Aaaby móc biegać tak jak w reklamach absolutnie trzeba być człowiekiem młodym, muskularnym i atrakcyjnym. Dla grubszych, starszych, mniej atrakcyjnych są inne przecież sporty – golf, petanque, poker. No przecież trzeba założyć na te swoje dwa patycie takie tycie tycie szeleszczące szorciki albo wcisnąć swe wyrzeźbione kształty w taki seksi staniczek z medżik fiszbinami z wbudowanymi cyckomortyzatorami. A w razie upalnej pogody (to raczej dla panów, chociaż…) trzeba przecież móc swobodnie ściągnąć bluzkę i widokiem spoconego, wygolonego torsu i doskonałością boczków i kaloryfera, doprowadzać przechodniów do szczytowania i podwyższać liczbę wypadków drogowych spowodowanych przez baby).


Josh Harnet wie że NYC to jest plejs.

Etap 2: Plejs

Najlepiej biegać po ulicach Nowego Jorku albo San Francisco. Central Park jest już out, passe, bleble. Idealna scenografia to brudne ulice, blokowiska, a najlepiej jakieś getto, gdzie można urządzić sobie intensywny trening spierdalając przed pit bullami i kwiatem czarnej tudzież latynoskiej młodzieży . Siłki jako miejsce lansu odpadają – nie da się tam nakręcić tak przykozaczonej reklamy, nie ma korków, kałuż, syfu, śmietników – total nuda. Do łask powracają laski – tzn parki. W sensie przyroda. Choć bieganie w parach też jest dozwolone.





Etap 3: Fings


Wiadomo. No wiadomo co mamy mieć i że to ma mieć znaczki. Mają być technologie NASA, materiały z kosmitów albo chociaż z promów kosmicznych, testowane na Ewereście i w Rowie Mariańskim. Membrany oddychające, tkaniny niepocące. Supinacja, pronacja, wentylacja. Jea. Nie ważne co to znaczy, ważne że nasz wysiłek ma technologiczne uzasadnienie, a biegając czujemy, jakby wraz z nami truchtały zastępy naukowców, razem budując cywilizację biegającego człowieka.
Mogłoby by się wydawać że to już wszystko. Ale ubranie wzbogacone minerałami to ledwie pokrowiec na nasze ciała (zwane z niejasnych powodów przez mistrzów zen workami pełnymi ropy i gówna). Tak można było biegać po sawannach uciekając przed kolonizatorami. Biegacz 2.0 głupi nie jest, wie że aby skutecznie zniknąć kolonizatorom z oczu, trzeba mieć pomocnika. W przypadku łyżwy jest nim jabłko. Nagryzione lekko. Jabłko jest naturalnie muzyczne, a o tym czego słuchać nie trzeba się już martwić, bo na Lastefemie jest zawsze aktualna lista jogg hitów. Społeczność wymieniająca się piosenkami do biegania liczy 542 członków.
http://www.lastfm.pl/group/Nike+Sport+Music+Polska
Ale to jeszcze nic. IPod z opcją Nike+ jest twoim osobistym trenerem, dodaje otuchy szepcąc do ucha zaklęcia, a jeśli masz jeszcze komputerki w butach to nawet policzy ci kroki. A jeśli nie to i tak spoko, bo do domu wrócisz z zestawem wyników jak po wizycie na OIOMie. Wrzucasz to sobie na makbuka, program ci to liczy, analizuje, bada i wysnuwa wnioski. No bo przecież nie chodzi o bieganie dla biegania, ani o sztukę dla sztuki – w czasach pragmatyzmu wstydem jest robić rzeczy bezsensowne. A tu sens jest jasny jak słońce – spalone tyle, lżej o tyle, przemierzone tyle. Wszystko w tabelkach, wykresikach, symulacjach. Są prognozy, są oceny. W Społeczności Plus można sobie nawet poporównywać kto ile czego. Żeby mieć pełną świadomość postępów i kontrolę nad swym cyklem treningowym. Czy wspomniałam już, że oddychająca niepocąca bezszwowa podkreślająca mięśnie bluzka ma specjalną kieszonkę na Nano?


http://www.youtube.com/watch?v=qOr5_GaGnPc&feature=related – Nike+, gadżeciarsko


Ufff.. to już meta.
Próbując złapać oddech można pozwolić sobie na odrobinę refleksji.
Bo ja też biegam. Czasem. A dziś biegało się że hej, bo jesień, słońce, liście, no i trzeba wypocić kaca. Ajpod-srajpod się oczywiście zepsuł. No tak, już rok miał, czas najwyższy. Biegnąc przypomniałam sobie jak w liceum pani od WFu nas przepędzała w kółko po stadionie Skry, w kółko i bez końca. No, czasem zmykałyśmy na fajka. Pośród ekspresji ogólnej nienawiści i frustracji ze strony moich współbiegaczek wolałam się nie odzywać, bo mi się to naprawdę podobało.
Cofnęłam się jeszcze dalej pamięcią, do podstawówki, gdzie biegając wydeptywaliśmy ścieżkę wzdłuż długiego płotu otaczającego boisko. Pobiłam rekord szkoły dziewczyn, jeździłam na zawody – biegi przełajowe, długodystansowe. Kilometr na ogół. Nic nie wskórałam, w sumie to tego nie cierpiałam, ten zimny ból w klatce, przytkany oddech, łomoczące serce jak przed zawałem, łykanie powietrza.. masakra.
Ale jednak coś w tym jest, choć raczej wolę wersję soft. Jako zadeklarowana palaczka nie spodziewam się spektakularnych wyników. Nie mam na celu schudnąć {jasne..}. Nie szukam szybkości, czasu, osiągów. Szukam samotności. Czarne okulary obowiązkowo. Słuchawki na uszach obowiązkowo. Im puściej tym lepiej. Bardziej samotny spacer niż trening. Nieśpieszne przebiegnięcie się ze sobą, nie biegnę do celu, biegnę.. hm.. do siebie. No a poza tym dr House też kocha biegać.


Występy gościnne



Everything an artist needs is inside of himself, and it really doesn’t matter what’s going on in the world. You don’t need to have things perfect, you don’t need to have a lot of money or a beautiful girl. If your job in life is to create, you can find inside yourself what you need to make beautiful art and beautiful music.


— John Frusciante

niedziela, 27 września 2009

Narodziny Zosi



Narodziła się nowa postać. To nie żarty. To Zosia. I Zosia mówi NIE.


Zosia to duch. Zjawa ukarana za bujanie w obłokach i igranie ze światem i ludźmi. Ale spokojnie, ona nie straszy. Tylko snuje się bez celu tu i tam, jak listek wietrze.
~~~~

Bajka o Zosi

Tak lata już lata i szuka haka by się gdzieś zaczepić. Z pragnieniem by zostać gdzieś, zatrzymać coś, znaleźć dom. Przepędziło ją przez sztuki, sporty, religie, tańce, towarzystwa, ławki , bramy, miłości, kraje, oceany. I przez 17 lat ędukacji. Gdzie teraz jest? Półetat w korporacji. W kolejce do obrony. Z głową pełną marzeń o lepszym życiu. Z sercem pełnym złości, niezgody i buntu. Od matury na walizkach, próbuje stanąć na nogi, ale znowu mieszka u mamy. Przy cudzym kompie, w nie swoim pokoju, na cudzym krześle, przy obcym biurku. Nihil habentes, et omnia possidentes, mówili o sobie kiedyś franciszkanie. Nic nie mający, a posiadający wszystko. Nie no, fajki niezbędne są dla niej. Ale na szczęście niewiele więcej, a jeśli już więcej, to w pudłach ukrywane, gdzieś po piwnicach i domach upchane.


Żeby nie było, ona nie wybrała tej ścieżki sama, wcale nie miała jej w swoich planach . W sumie to nic w nich nie miała, tak samo sławę jak i wiedzę traktowała – z dystansem… lekko, niepoważnie. No Zosia przecież. Zawsze gdzieś wysoko, ponad nami, kochała się ze swoimi ideami. Powiedziałbyś, królowa życia. Mleko i miód, chleb i igrzyska.


Chciała zanurzyć się w tryby machiny, odnaleźć należne miejsce w społeczeństwie, ciężko pracować, godnie zarabiać, bawić się dużo i martwić mało. Mieć parę rzeczy też by się przydało - miłość kawalerkę, blisko metro, kluby. – No no no, nie tak prędko dziecino, to nie twoja droga - świat zasugerował delikatnie, acz stanowczo. - Jak to, że to niby nie jest wszystko dla mnie? To patrz! - nie słuchała, biła się, błagała. Walczyła zaciekle, ale bezskutecznie. Lepsze życie – to co się nim zdawało – było blisko przecie, tuż tuż, tyci tyci. Ale tu nic więcej zrobić się nie dało. Mogła tylko przykleić nos do wielkiej szyby. Pomyślała – Wtf! Coś tu jest nie tak.


Łork


W pracy, poza wyjątkami, traktowana jak retard lub wywrotowiec. Toczy cichą wojnę z przełożonymi, którzy jej nie lubią bo się ich nie boi i nie chce dopasować się do dupowłazosystemu. W efekcie, po roku może już z pewnością stwierdzić, że nie czeka jej żaden awans. Nie to, żeby nie szukała czegoś innego. Śle nieprzerwany strumień życiorysów i motywacyjnych listów wszędzie gdzie myśl sięga. Przez pół roku jedyna opcja pojawiła się przez znajomą znajomego – potrzebny komentarz?


Nawet poszła na tydzień próbny. Szołbiz, łałałiła. Dobrze brzmiało, znów nadzieja się w niej obudziła i duch pracownika-wojownika, który zrobi wszystko, byle zdobyć stanowisko. Szefowa sympatyczna choć zawsze nieobecna. Nawet było spoko, zrobiła wszystko co trzeba. Pomyślała - to jest to. Moje życie się wreszcie zmieni na lepsze. - Już miała przed oczami kawalerkę, kredyt na laptopa.. radość, ale większy nawet strach oczekiwania na werdykt. Telefon w piątek – no, szkoda że tylko tydzień u nas byłaś, bo nie mogłam cię poobserwować .. Bierzemy jeszcze inną na 2 tygodnie próbne, odezwiemy się.. tiruriru. – no tak, w ogóle powinno się uczynić z tego normalny zwyczaj i po prostu jechać na takich próbnych pracownikach ciągiem. Jak ktoś chce pracować za darmo, to co - zabronimy mu? Daje, to bierzmy. Kto daje ten frajer.
Zosia mówi nie bezsensownej pracy.


Afterłork


Rewolucyjna zmiana lajfstajlu. Noł mor partis end fulisz pipol. To nie o to chodzi, że zbrzydły jej imprezy, kluby, znieczulacze, kawki, piwka, kinka, plotki i chlopcy. Przecież to jest cudowne. Nawet też nie o to, że jej możliwości nabywcze są na wiecznym debecie, a ostatnio wręcz w regresie. Przecież zawsze jakoś coś się wyskrobało.


Po prostu poczuła, że traci czas. Przełom. Bo to oznacza rewolucyjne odkrycie: że czas jest cenny, a co za tym idzie, należy zastanowić się, jak go spożytkować. Że być może są rzeczy ważne i mniej ważne. I nagle okazuje się, że zjawiska same układają się w hierarchii ważności, że z tego ponowochaosu wykluwa ją się wartości! matkoboskokochano.

W tej nowej świadomości Zosia czuje, że się marnuje. Nakręcanie kapitalistycznej pozytywki już jej interesuje.


Zosia mówi nie marnowaniu czasu.


Już wiemy co Zosia Duch odrzuca. A co wybiera?
Taką trochę emigrację wewnętrzną, czas na grzebanie w głowie, skanowanie w toku.
Chce się odchamić, nadrobić zaległości. Chodzi na wykłady. Dużo czyta. Gorączkowo wchłania i przetwarza teksty, artykuły, wiedzę i idee, jakby świat miał się zaraz skończyć. No bo trochę czasu już minęło jej na poznawanie cielesności, duchowości, ludzi, świata pop i korp. Tak wiele rzeczy interesuje, że łatwo się rozmienić na drobne, a nie ma na to czasu. Czas na umysł, wiedzę, myśl. Były tezy, antytezy – teraz czas na syntezę. Już wie czego chce a czego nie chce, tak fundamentalnie.
Nadal jest jednak Zosią – nie może dotknąć ani ziemi ani chmur. Ale może próbować zrozumieć ten los, na jaki jest skazana, za bycie Zosią – myślą skrzydlatą.

Imię i nazwisko oskarżonej: Zosia Duch
Znaki szczególne – kwietny wianek
Broń - zielony badylek
Współudział – Baranek i Motylek
Przestępstwo – myśl nazbyt skrzydlata
Kara – banicja
U oskarżonej stwierdzono cały zespół zaburzeń:
Śmiertelna leworęczność
Nieuleczalny humanizm
Zboczenie krytyczne
Nadmiernie wybujałe wątpliwości
Skłonności do filozofizmu
Perwersyjna refleksyjność
Ubytki w moralności i posłuszeństwie
Niedorozwinięty pragmatyzm
Uczulenie na ideologie
Obsesja na punkcie zrozumienia wszystkiego

Gdzie ją to zaprowadzi – Nie wie. Ale czuje się inna. Uwolniona. Już nie potrzebuje tego świata, nie musi mu się oddawać. Troszkę już wie kim jest i wie co jej się nie podoba. Nie wie, czy można to zmienić, ale najwyższy czas to opisac.