niedziela, 25 października 2009

#*%^@$!!!




W sumie nie wiem co to jest. To jedno z dzieci mojego dzisiejszego wkurwu.


Nie chę jutro iść do pracy

Jutro ani nigdy

Magister za 13

Złotych za godzinę

Kto by to w ogóle wymyślił



Nie chcę jutro się z wami spotkać

Stroić się i szykować

Dobrze się bawić

W miłym towarzystwie

Nie jestem fajna ani interesująca



Nie chcę znów walczyć o uznanie

Kolejnych fajnych chłopców

Co czują się lepsi

Bo są przecież lepsi

Przynajmniej tak mi się zawsze zdaje



Nie chcę w nic wierzyć i mieć przekonań

Walczyć o lepsze jutro

Po co mi jutro

A zwłaszcza lepsze

Skoro zawsze jest dziś i jest źle



Nie chcę pakować się w kolejne miłości

Co zatrują mi myśli i krocze

Jedyny pożytek

Jaki z nich wynoszę

To kolejna kupka wierszy



Nie chcę oglądać kopulujących

Nie działa to na mnie już

Jak ma podniecać

Skoro nie podnieca

Ale jaki mam wybór



Nie chcę już widzieć gazet i reklam

Akceptować zaproszeń na imprezy

I nic mnie nie obchodzą

Fakty i Wiadomości

Nie chcę być aktualna



Nie chcę regularnie wchodzić na Fejsa

Obmyślać elokwentne statusy

Dla społeczności

Dla licznych komentarzy

Mam dość virtualorealu





A wszystko to

O kant dupy pociął.

Jestem upierdliwą grzybicą

Na stopie pana z neseserkiem

I jeszcze się trzymam

Choć trudno wytrzymać

Te wszystkie zdrowotne maści.

Kopie Robocze 2

DO końca roku zostało 79 dni. Jak dobrze, może następnego nie będzie i wszystko po prostu się rozsypie? Byłoby super. Dziś od rana chce mi się płakać. Bezsilność, frustracja, niezgoda. Wszystkie role na tym świecie są już rozdane. Już nic nie ma do zrobienia, wszystko wymyślono, albo jest ktoś kto robi to dużo lepiej. Chciałabym założyć własne miasto. Wyznaczyć ulice, rozplanować sklepy, szkoły i parki.I zaludnić je moimi przyjaciółmi.

sobota, 24 października 2009

Czar Par



Simone de Beauvoir i Jean Paul Sartre.

Właśnie poznałam historię związku króla i królowej egzystencjalizmu. Mimo że nigdy nie wzięli ślubu, gdy poznali się jako dwudziestoparolatkowie, zawarli swoisty pakt. Stworzyli związek oparty na głębokiej duchowej, metafizycznej miłości, ale związek otwarty. Te dwa potężne umysły nie mogłyby znieść ograniczeń narzucanych przez instytucję małżeństwa, kłóciło się to z ich bezkompromisowym dążeniem do prawdy, wolności i poznania. Pakt polegał na tym, że pozostając w tym ‘duchowym małżeństwie’ chętnie wdawali się w rozliczne romanse, przygody łóżkowe, przeżywali miłości, zdrady i zazdrości ze swoimi rozlicznymi partnerami/kami. Jedyną obowiązującą ich zasadą była szczerość – opowiadali i pisali sobie o wszystkich swoich przeżyciach nie omijając żadnego szczegółu. Były to dla nich relacje innego kalibru, o mniejszej wartości, nie mające wpływu na łączącą ich więź.
Przypomniało mi się wtedy, jak opisałam Rydle noc, kiedy uwiodłam pewnego nieszczęśnika na imprezie, opisując (na życzenie R) wszystkie szczegóły, a przy tym wyrażając mocną pogardę wobec uwiedzionego naiwniaka. Dokładnie takie strategie zawierają listy Simone i Sartre’a. Zawsze miło jest dowiedzieć się, że mamy cechy wspólne z wielkimi umysłami tego świata.
I ona też miała ksywę ‘bóbr’ – tak mnie nazywał mnie pewien mistrz..

czwartek, 15 października 2009

kopie robocze



Teraz kiedy skończyłam studia, z lęku przed zgłupieniem zaczęłam w wielkim pośpiechu pożerać literaturę. Podobno lektury poszerzają ducha i rozwijają umysł. Być może. Na pewno mogą go również uszkodzić, zwłaszcza ci pieprzeni egzystencjaliści.
No więc właśnie w ich duchu teraz rzucę garść cytatów i nawiązań, z których nic nie jest zapewne moje. No właśnie.
Całe życie tylko żremy cudze mysli i emocje. Kradniemy je, by je przywłaszczyć i bezczelnie mianować swomi Poglądami, Przekonaniami, Przemyśleniami.
Prędzej nazwałabym je Przemielinami, Wybroczynami, Mydlinami. Nontoper Mielonka.
Wypełniamy się słowami, wlewamy je w siebie jak w gąsiora i czekamy aż sfermentują i zacznie się z nas wydobywać bulgoczący bełkot zwany szczerością, okrzyknięty dumnie naszym 'ja'. I naprawdę w to wierzymy! Nawet pisząc to trochę w to wierzę. To miłe pomyśleć, że coś może być nasze. Nawet jeśli to iluzja i pomyślało to tak z milion ludzi w tym tygodniu, to i tak każdy popadł w ten sam narcystyczny samozachwyt.
No więc co z tego, co mamy pod czaszką jest nasze? Czyje? Tu już wkraczamy w zabójczą logikę zen, czyli w antylogikę. Nie tu i nie tera.
W każdym razie dupogodziny odsiedziane w zazen nauczyły mnie, że rodzisz się sam i umierasz sam - nie, nie wymyśliłam tego sama. W sumie to jeden z tych banałów, w stylu "warto się uczyć" i "palenie szkodzi" - oczywista oczywistość, która dopiero w określonych okolicznościach nabiera okrutnego sensu. A to, co mogę teraz dodać, kradnąc oczywiście cytat (tym razem z filmu "Głodne Duchy"), to wkładka pomiędzy wspomnianymi dwoma iventami (rodzisz się sam i umierasz sam) :
I want to be
Żyjesz i chcesz być wszystkim. Najlepszą tancerką, boską piosenkarką, hollywoodzką aktorką, uznaną malarką, zjawiskową modelką, genialną pisarką, noblistką, panią prezydent, świętą. I kurwą też. Chcesz być wszystkim. A nie możesz być niczym. Masz za krótkie rączki. Za krótkie by dosięgnąć nieba.

I kradnąc z innego filmu (the tango singer): Na końcu i tak jesteśmy tylko kukiełkami. Karmiącymi się, żyjącymi złudzeniami innych kukiełek. Myślimy, że z każdym dniem jesteśmy mądrzejsi. A tak naprawdę z każdym dniem mamy w sobie więcej kłamstw i zła. I zgnilizny.
Jak mówiła prof Skarga, nasze życie to byt-ku-śmierci.





WFF - WTF?

który raz?



Trwa 25 Warszawski Festiwal Filmowy. Fajny plastelinowy trejler. Uległam owczemu pędowi do kultury, gdy na Chmielnej wcisnęli mi książeczkę z całą rozpiską. Pomyślałm, że to przecież właśnie tacy jak ja powinni się znaleźć w tych ciemnych salkach, poznawać kino niezależne, wartościowe blebleble. Przestudiowałam repertuar, odstałam swoje w kolejce do kasy płatnej tylko gotówką (hę?) i wykupiłam parę biletów. Świetnymi life-saverami byli krążący wkoło holu Kinoteki Dystrzybutorzy Kawy Nescafe z plecakami wrzątku na plecach, z saszetkami w trzech rodzajach wystającymi na poziomie krocza. Kawę podawali w takich małych, ślicznych kubeczkach z tworzywa, gdzie mieściło się tyle wody, że kawa miała prawie konsystencję budyniu. Espresso instant, czemu nie!
Wracając do biletów, prawie stówka poszła, ale przynajmniej przez chwilę poczułam się jak kulturalna obywatelka. Jestem po trzech seansach i póki co obyło się bez rewelacji. Choć w kazdym z filmów były momenty. DOsłownie momenty.

500 days of summer
hungry ghosts
thre tango singer

We wszystkich jak katar wraca motyw milosci. W tym środkowym najmniej. To pierwsza fabula Michaela Imperioli. Jej centralnym punktem jest pewna niesprecyzowana bliżej wschodnia praktyka duchowa, ni-to-hinduizm, ni-to-joga albo jakiś buddyzm. Opowiedziane są historie czterech mieszkańców Nowego Jorku i ich otoczenia. Jak się okazuje w finale, każdy z nich jest na innym etapie tzw. ścieżki duchowej: Od stanu bliskiego śmierci, który skłonił pewnego marnego ojca do podjęcia praktyki, aż po samobójczą śmierć pewnego poety-filozofa, będącą owocem tejże praktyki. Ups, to był spojler ;p Wątek miłosny zredukowany jest tu do mrocznego autodestrukcyjnego erotyzmu i bardziej przypomina pęd ku śmierci niż ku motylkom i łączkom. Przynajmniej to ujęcie nie jest aż tak oklepane. Film mnie trochę wziął, bo sama praktykowałam wiele lat cośtam wschodniego. Podobało mi się krytyczne oko i dystans reżysera podszyty zarazem lekką fascynajcą. Gdyby nie to plus mistrzowska scena syna pod prysznicem oraz murzynki na schodach, niechybnie bym odpłynęła w senne krainy.

Pierwszy film - reprezentant gatunku "cała prawda o miłości". On zakochany, ale ona nie. Analiza i diagnoza mózgu (?) zakochanego dwudziestoparolatka. Tak, to bardzo ważna kwestia. Może nam pomóc zrozumieć miłość i ustrzec od błędów i cierpienia. I na dodatek reżyser mówi o Naszym pokoleniu! Jakież odkrywcze i pouczające. Tylko po jakiego grzyba robić kolejny film o miłości? Naprawdę, Ameryki już tu się nie da odkryć, zwłaszcza że już wcześniej tam ktoś mieszkał i serca łamał z zapałem. Kazdy chyba tam był. Jako stara Indianka-szamanka, przeżyłam te historie juz na wszystkie sposoby, w kazdej kombinacji. Byłam Tomem, Summer, Panterą a nawet babką od pocztówek z własnym kotem. Byłam ich ojcem i matką. Coż z tego, że mogę się utożsamić z bohaterami, skoro uważam że scenariusz jest przygłupi? Nie wiem co taki film miałby zmienić. Ze tez na WFFie puszczają komedia romantyczne. WTF?
Poleciłabym to edukacyjne opus eros szalonym 14-16 latkom - mogłyby się zajarać, ale nie wykluczam że też już są za stare. Na szczęsice przed śpiączką skutecznie chroni nieodparty urok Józka Gordon-Levitta.

Tango Singer. Myślałam że będzie o sztuce, że głębia będzie, że cierpienie pogryzie trochę. Zapomniałam, że tango to taniec miłości, a śpiewanie tango to opis miłosnych cierpień. I to chyba wystarczy jako opis tego filmu. Babka oczywiście śpiewała bosko (Eugenia Miori), miała też grajków utalentowanych, brzmiało to jak trzeba. MOże to chamskie z mojej strony, ale szkoda , że śpiewała po hiszpańsku bo go nie znam, więc musiałam czytać napisy. A tak to bym mogła popłynąć z muzyką, i bym nie musiała patrzeć na ekran i te jej wystające ostre obojczyki i napinające się sieci ścięgien na szyi.
Dobra scena z nożyczkami. Reszta - tragiczna i banalna, jak złamane serce. I tyle emocji, że wreszcie zrozumiałam co mieli na myśli stoicy mówiąc, że emocje są niezdrowe.

Inna sprawa że nie ma nic zabawnego w chodzeniu samemu do kina. Zwłaszcza jak się lubi komentować na żywo. Nuda. Na szczęście na ratunek przychodzi mi Henry Miller, pocieszając że artysta musi być samotny. Cool.






sobota, 10 października 2009

Widzę cię, tak wiem. Dygresje i bezdroża.


Kraków idealnym miejscem ucieczki przed własną psychozą i torturami psychicznymi rodzonej matki. Choć Rydle uważa, że przyjechałam w zgoła innym celu. Nic dziwnego, mnie też by podbudowała świadomość że jakaś panna specjalnie przyjechała z innego miasta, zeby się ze mną spotkać. Tylko pytanie czy zrobiła to bardziej dla siebie czy dla mnie. A czy to ważne? Nie bardzo, dopóki jest nam dobrze, nie trzeba nic wyjasniać. Ważne jest to, że udało mi się zwiać ze stolicy i zostawić w domu wszystkie te ciężkie myśli. Gęsty, smolisty, dekadencki hedonizm. Aż po szyję. Włóczęgostwo po krakowskich bezdrożach i dygresjach. To nie jest marnowanie czasu., To jest pieszczenie czasu, rozkoszowanie się nim, każdą nanosekundą. Czas poświęcony, nie, uświęcony na włóczenie się, na boską bezcelowość. I rozmowy, strumienie i potoki. Słowa wydmuchiwane z dymem, myśli sączone z piwem. Dwudniowy poemat dygresyjny. Bo, jak mówi mój przewodnik, dygresja to bonusowy level w mariobrosach - jest czystą przyjemnością i w żaden sposób nie zakłóca wiodącej narracji.

Taki bonusowy weekend. Jak dodatkowy poziom w Super Mario Bros, w którym nie ma zabójczych żółwi i przepaści. Tylko spacer po chmurach, grzybki, gwiazdki i dodatkowe życia.

W ogóle cały ten wyjazd był takim mikroświatem brutalnie wyrwanym czasoprzestrzeni. Jego miało nie być, jestem pewna, że rzeczywistość go nie przewidziała. Ale działając odpowiednio szybko można przechytrzyć nieuniknioność zdarzeń. A sprawa była pilna, paląca wręcz - Warszawa chciała poczuć moją krew, poszarpać neurony, połamać nóżki i obtłuc dziubek. Nołfakinłej.
Potrzebowałam ratunku, Rydle uratował mi życie. Dobry z niego hydraulik. I dobre to miasto, mimo że daleko. A może własnie dlatego. Po raz kolejny odnalazłam spokój w Krakowie.



zmiana. na celina.

Zmiana. Nie lubię zmian, kto je lubi? To co znam rozsypuje się na kawałeczki odsłaniając widok na mglistą, gęstą jak mleko przestrzeń niewiadomego. W piątek nawet sama zainicjowałam zmianę. Fajne uczucie, takie dreszcze nieznanego. Cóż, od czasu do czasu trzeba się trochę obnażyć, zdjąć parę masek, odsłonić parę kart, nie myśleć o konsekwencjach. No więc wykonałam skok na główkę w ślepą studnię niedokonanego - czyli w przyszłość.

Musiałam. Od czwartku mam kamień w brzuchu. Dyndam sobie w próżni, zawieszona między rzuconą robotą a nową ziemią obiecaną. Nie mogę znieść juz tego miasta, w którym na każdej ulicy napada mnie natrętne zwątpienie żebrząc o przemyślenie tej decyzji po raz ęty. Gdzie lęk pcha się na mnie w metrze, a każdy nerwowy skurcz w żołądku nieuchronnie zbliża mnie ku początkowi. Siedzę w poczekalni nieuchronnego. Nie mogę ani się ruszyć, ani nic powiedzieć, sparaliżowana strachem przed konsekwencjami.

I jak tu znosić ataki matki, która w tej mojej nieszczęsnej sytuacji znalazła idealny pretekst i uzasadnienie dla histerycznych lamentów nad moją beznadziejnością. Rewelacje jakie ode mnie usłyszała okazały się posiadać niesamowitą wartość energetyczną, wnosząc jej samonapędzające się przedstawienie na zupełnie nowy poziom dramatyzmu.
Uciec, muszę uciec. Albo to miasto, albo ja.

piątek, 9 października 2009

Faraon Sheraton





Sheraton i ja. Tja... Szefowa jeszcze w drodze. Chciałam skromnie poczekać przed wejściem, ale zdecydowanie zasugerowała mi wejście do środka, przekreślając moje plany na uniknięcie samotnego starcia z tym cyrkiem. Ale cóz, let the show begin. Czary mary i mamy uśmiech, charyzmę, promenie, no łał. Mijam ochroniarza pewnym krokiem, jakbym wchodziła do własnego mieszkania. Kieruję się ku najblizszemu fotelowi by czym prędzej się w niego wtopić, udając że piszę smsa. Skoro już że piszę...
Marmurowy hol (hall? lol), wkoło kolumny, pod nimi sztywni panowie w garniturach omawiają biznesy dmuchając dymem. Hah, myślę sobie, nie jest tak źle skoro palić można. Ale sama się nie odważyłam. Siedząc pod kryształowym żyraldolem wielkości mojego pokoju czuję się jak invader. Jak urwis, który zrobił głupstwo i teraz czeka z głupim uśmieszkiem aż jego kłamstewko wyjdzie na jaw. Są miejsca gdzie człowiek czuje się jak u siebie i takie gdzie jest tylko turystą, nielegalnym imigrantem świadomym przestępstwa, jakiego się dopuszcza. Liczę oddechy dzielące mnie od chwili, gdy Ci kurtuazyjni panowie w strojach rodem z epoki dorożek podejdą do mnie i tym ujmującym uśmiechem wyprowadzą za drzwi.

Ufff, jest nareszcie.

Jakaś awantura przy rezerwacjach. Piękna lustrzana winda z efektem nieskończoności na każdej ścianie. Ciekawe ile razy dziennie myją te lustra?

I kolejne wyzwanie. Znaleźć pokój, bodajze 567. Zupełnie jak z relacji Celine'a - nigdy niekończący się, porozgałęziany labirynt wąskich, jakże wytwornych, uciązliwie długich korytarzy. Koszmarnie przerazający sen, z którego nie można uciec. I ta upiorna identyczność. Za każdym krokiem powtarzalność, jakby czowiek tak naprawdę stał w miejscu - już rozumiem Robiego Williamsa w Tripping. Kalustrofobia. Brak okien, czuję na sobie oddechy ścian, głuchą ciszę, sztuczne światło, mięciutkie niedeptane wykładziny. Jak na boga ktoś mógłby tu mieszkać? Człowiek wydaje się tu zbędny, zbyt żywy, zbyt organiczny. Burzy perfekcyjny ład tego miejsca. Emituje dźwięki, zapachy, porusza powietrze - aż czuję wściekłość tych korytarzy, gdy przemykam chyłkiem, by mnie przypadkiem nie zauważyły

Jak byłabym faraonem, kazałabym zbudować sobie taki grobowiec. Nie wyobrażam sobie bardziej spokojnego i martwego miejsca.