
który raz?
Trwa 25 Warszawski Festiwal Filmowy. Fajny plastelinowy trejler. Uległam owczemu pędowi do kultury, gdy na Chmielnej wcisnęli mi książeczkę z całą rozpiską. Pomyślałm, że to przecież właśnie tacy jak ja powinni się znaleźć w tych ciemnych salkach, poznawać kino niezależne, wartościowe blebleble. Przestudiowałam repertuar, odstałam swoje w kolejce do kasy płatnej tylko gotówką (hę?) i wykupiłam parę biletów. Świetnymi life-saverami byli krążący wkoło holu Kinoteki Dystrzybutorzy Kawy Nescafe z plecakami wrzątku na plecach, z saszetkami w trzech rodzajach wystającymi na poziomie krocza. Kawę podawali w takich małych, ślicznych kubeczkach z tworzywa, gdzie mieściło się tyle wody, że kawa miała prawie konsystencję budyniu. Espresso instant, czemu nie!
Wracając do biletów, prawie stówka poszła, ale przynajmniej przez chwilę poczułam się jak kulturalna obywatelka. Jestem po trzech seansach i póki co obyło się bez rewelacji. Choć w kazdym z filmów były momenty. DOsłownie momenty.
500 days of summer
hungry ghosts
thre tango singer
We wszystkich jak katar wraca motyw milosci. W tym środkowym najmniej. To pierwsza fabula Michaela Imperioli. Jej centralnym punktem jest pewna niesprecyzowana bliżej wschodnia praktyka duchowa, ni-to-hinduizm, ni-to-joga albo jakiś buddyzm. Opowiedziane są historie czterech mieszkańców Nowego Jorku i ich otoczenia. Jak się okazuje w finale, każdy z nich jest na innym etapie tzw. ścieżki duchowej: Od stanu bliskiego śmierci, który skłonił pewnego marnego ojca do podjęcia praktyki, aż po samobójczą śmierć pewnego poety-filozofa, będącą owocem tejże praktyki. Ups, to był spojler ;p Wątek miłosny zredukowany jest tu do mrocznego autodestrukcyjnego erotyzmu i bardziej przypomina pęd ku śmierci niż ku motylkom i łączkom. Przynajmniej to ujęcie nie jest aż tak oklepane. Film mnie trochę wziął, bo sama praktykowałam wiele lat cośtam wschodniego. Podobało mi się krytyczne oko i dystans reżysera podszyty zarazem lekką fascynajcą. Gdyby nie to plus mistrzowska scena syna pod prysznicem oraz murzynki na schodach, niechybnie bym odpłynęła w senne krainy.
Pierwszy film - reprezentant gatunku "cała prawda o miłości". On zakochany, ale ona nie. Analiza i diagnoza mózgu (?) zakochanego dwudziestoparolatka. Tak, to bardzo ważna kwestia. Może nam pomóc zrozumieć miłość i ustrzec od błędów i cierpienia. I na dodatek reżyser mówi o Naszym pokoleniu! Jakież odkrywcze i pouczające. Tylko po jakiego grzyba robić kolejny film o miłości? Naprawdę, Ameryki już tu się nie da odkryć, zwłaszcza że już wcześniej tam ktoś mieszkał i serca łamał z zapałem. Kazdy chyba tam był. Jako stara Indianka-szamanka, przeżyłam te historie juz na wszystkie sposoby, w kazdej kombinacji. Byłam Tomem, Summer, Panterą a nawet babką od pocztówek z własnym kotem. Byłam ich ojcem i matką. Coż z tego, że mogę się utożsamić z bohaterami, skoro uważam że scenariusz jest przygłupi? Nie wiem co taki film miałby zmienić. Ze tez na WFFie puszczają komedia romantyczne. WTF?
Poleciłabym to edukacyjne opus eros szalonym 14-16 latkom - mogłyby się zajarać, ale nie wykluczam że też już są za stare. Na szczęsice przed śpiączką skutecznie chroni nieodparty urok Józka Gordon-Levitta.
Tango Singer. Myślałam że będzie o sztuce, że głębia będzie, że cierpienie pogryzie trochę. Zapomniałam, że tango to taniec miłości, a śpiewanie tango to opis miłosnych cierpień. I to chyba wystarczy jako opis tego filmu. Babka oczywiście śpiewała bosko (Eugenia Miori), miała też grajków utalentowanych, brzmiało to jak trzeba. MOże to chamskie z mojej strony, ale szkoda , że śpiewała po hiszpańsku bo go nie znam, więc musiałam czytać napisy. A tak to bym mogła popłynąć z muzyką, i bym nie musiała patrzeć na ekran i te jej wystające ostre obojczyki i napinające się sieci ścięgien na szyi.
Dobra scena z nożyczkami. Reszta - tragiczna i banalna, jak złamane serce. I tyle emocji, że wreszcie zrozumiałam co mieli na myśli stoicy mówiąc, że emocje są niezdrowe.
Inna sprawa że nie ma nic zabawnego w chodzeniu samemu do kina. Zwłaszcza jak się lubi komentować na żywo. Nuda. Na szczęście na ratunek przychodzi mi Henry Miller, pocieszając że artysta musi być samotny. Cool.