niedziela, 31 stycznia 2010

Przez J. Styczniowo.




Dżizas. Już 2010. I kolejne powody do pisania wierszy. W ramach epilogu do tej miłej acz smutnej historii parę doszufladowców poniżej. I niech to będzie też prezent świąteczno-noworoczno-urodzinowy. Dla mnie. Choć może bardziej to antyprezent, bo wcale nie cieszy. Plik z tymi wierszami nazwałam "czy to się może udać". I to chyba wystarczy za komentarz. Oto cykl pod tytułem "Przez J". Choć jest też jeden dla brata.


14.12.09

Grzybowa


Myślisz że mnie uratujesz
Wstawisz mnie na tor
Uzdrowisz mój duch i ciało
Dasz mi w życiu sens
Mówisz o jedzeniu warzyw
Zup bez konserwantów
Z mięsem precz i z nikotyną
I z niejedzeniem won.

Lecz nie możesz mnie uzdrowić
Choćbyśmy zostali
Dwa tygodnie w łóżku
By pozycje doskonalić
Czy jestem zabawką twoją
Rozdziałem powieści
Dobrym fizycznym treningiem
Czy dobrym uczynkiem?

Przyjdę do ciebie do pracy
Kawę ci przyniosę,
Możesz zabrać mnie do domu
Obejrzymy film.
Dam też grzecznie się nakarmić
By mieć siłę kochać
Potem książkę mi pożyczysz
I znajdziesz mi nocny

Nie złapiesz mnie jednak nigdy
Bo mi obojętne
Czy mnie uratuje ktoś
Czy cicho sobie zniknę
Mogę się dużo się uśmiechać
Cieszyć i całować
Lecz i tak w tych czarnych oczach
Widzę tylko koniec


Nic więcej nie oczekuję
Zawsze sobie myślę
Że to był ten ostatni raz
Wspomnienia będą miłe
I mimo że się ciebie boję
To masz coś czego mi brak
Więc zgadzam się kolejny raz
Naiwnie mówiąc ‘tak’


To śmieszne jest, że żadne z nas
Nie umie się oddać drugiemu
I kiedy się kochamy
to unikamy spojrzenia.
Udajmy, że nas tu nie ma
przynajmniej tej drugiej strony
To byłoby bardzo trudne
Obnażyć się i pozostać sobą.

(sobą?)

Wiec zgadzam się, że w tym przypadku
Stosunek nie istnieje
Istnieją tylko dwie maski
I gra przerażonych pozorów.
To w sumie mi nie przeszkadza
Bo koniec znam aż zbyt dobrze.
Na nieufności i strachu
Arkadii się nie zbuduje

To tylko mój sen
To tylko twój sen
Co się przypadkowo splątały
I zaciekawione innością
Pofantazjowały ze sobą.
Nie chcemy się wcale obudzić
Nie wolno się brać na poważnie
Siostra? Mąż? Narzeczona?
Dwa single w jednym łóżku.

Lecz kiedy zmywałam naczynia
Po zupie, którą podgrzałeś
po naszej później kolacji
Po filmie, to chyba był „Margot”
Ty pracowałeś na kompie
Ja zaparzyłam herbatę
I poszłam poczytać książkę
Na twoim rogu kanapy.

I pomyślałam przez chwilę
Że nawet by można tak żyć
Że to jest przyjemne uczucie
Choć nie ma tu prawa pozostać
Bawmy się póki jest czas
Ja nie mam nic przeciwko
I tak mi dałeś więcej
Niż spodziewałam się dostać.



Bracie

Jeżeli wierzę w miłość
To do mojego brata
Bo ty mnie nie opuścisz
I nie pozwolisz odejść.

Ty wiesz co mi powiedzieć
Gdy słów już nie potrzeba.
I zawsze się pojawiasz
Gdy jest ze mną najgorzej

Po prostu jesteś przy mnie
I wiem, że nie odejdziesz
Jak wszyscy inni, którzy
Nie znają mojej krwi.

Bo jesteś moim bratem
I nic nas nie rozdzieli
Ty jeden znasz mnie tak
Że nie muszę nikim być.

Braciszku drogi, stróżu mój
W potrzebie przy mnie stój
Wśród koszmarów czarnej nocy
Jesteś zawsze ku pomocy
Strzeż mnie samej od umysłu mego
I doprowadź do końca dobrego
Amen.




Potrzebny mi tlen


Ja mogę żyć bez powietrza.
Choć z nim jest jakoś mi lżej

Czymś trzeba przecież oddychać
Lecz to nie musi być tlen

Pierwiastków na szczęście jest wiele
Aktywnych, szlachetnych lub nie

Tlen zdaje się bardzo ulotny.
Więc nie bój się, nie kocham cię.



Miłość kapitalisty


Widzę że twoje akcje wciąż rosną
A indeks hen, powyżej zera
Tu węgiel kusi, tam złoto i stal
Niełatwe jest życie bankiera

Ja swoje fundusze źle ulokowałam
Utknęły w toksycznych aktywach
Na giełdzie bajerów bezwartościowych
I długów mi tylko przybywa

Z audytu wynikło, że słabe prognozy
Kompromis więc może ustalmy
Przy niskim ryzyku dość mały jest procent
Choć wzrost też żałośnie marny

Podstawa strategii na dobę kryzysu
To nie dać się niczym zaskoczyć
Bo tylko idiota udzieliłby kredyt
Po prostu na ładne oczy.